Granice odwagi intelektualnej czyli rzecz o stanie polskich nauk społecznych

Portret użytkownika Wojciech Błasiak


W "Gazecie Polskiej" z 8 lutego 2012 ukazał się artykuł profesora socjologii na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu Andrzeja Zybertowicza pod drażniącym tytułem Z przetrąconym kręgosłupem. Prof. Andrzej Zybertowicz nie jest ani tuzinkowym dyżurnym profesorem medialnym, ani mało znanym naukowcem społecznym zajmującym się niszowymi czy drugorzędnymi tematami społecznymi.

 

Jest znanym i uznanym profesorem socjologii polityki, a jeszcze przy tym byłym doradcą do spraw bezpieczeństwa państwa tragicznie zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Dlatego jego artykuł jest poważnym dowodem na obecny stan intelektualny i etyczny polskich nauk społecznych. I to tej ich lepszej części.

 

 

Jak naród wyemanował dwa razy premiera Donalda Tuska

 

Prof. Zybertowicz rozpoczyna swój tekst od obiegowej mądrości socjopolitycznej pamiętającej czasy PRL-u, iż każdy naród ma taki rząd, na jaki zasłużył. I argumentuje – Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy formuła ta pasuje do współczesnej Polski, niech rzeczowo odpowie na pytanie: o czym świadczy to, że Polacy dwa razy uczynili premierem człowieka, który swego czasu publicznie biadał, iż ma problem z polskością? I zaraz potem daje prawidłową odpowiedź, uderzając się patetycznie we wspólną pierś środowisk obozu niepodległościowegoNasza polskość jest bowiem na tyle słaba, że nie umiemy rozpraszać wątpliwości tych wielu naszych rodaków, którzy raz po raz zastanawiają się, czy dzieje Polski nie są aby pasmem ciągłych nieporozumień.

 

Czyli mówiąc inaczej Polacy dwa razy źle zagłosowali, bo polskość u nich słaba. Gdyby była mocniejsza, to zagłosowaliby inaczej. Jak? Tego już nam autor nie mówi, choć możemy się domyślać. Ale należałoby w tym miejscu zapytać profesora socjologii polityki, jaki naprawdę Polacy mieli wybór? A jeszcze zasadniej, kto o tym, jaki mają wybór, decydował? Może oni sami nie potrafili z siebie samych wyemanować, czyli uczynić premierem kogoś lepszego i bardziej polskiego niż Donald Tusk? I jak się czyni kogoś premierem w Polsce? Tych pytań prof. Zybertowicz nie stawia. I na nie też nie odpowiada.

 

Wówczas bowiem musiałby najpierw udowodnić, że w Polsce jest demokracja obywatelska, czyli że Polacy sami wybierają jako obywatele i są wybierani jako obywatele. A z tym miałby już duży kłopot. Otóż Polacy głosują, ale nie wybierają. Głosują tylko na tych, których już wybrano na listy partyjne. A wybiera ich grupa partyjnych polityków licząca około kilkudziesięciu osób w skali Polski. I to te kilkadziesiąt osób de facto decyduje zasadniczo o składzie polskiego Sejmu. Czy tocząca się przez kilka miesięcy przed wyborami żenująca, by nie powiedzieć bezwstydna, wojna o pierwsze miejsca na listach poszczególnych partii uszła uwadze socjologowi polityki? O co ta wojna się toczyła? Czy aby nie o większe szanse dostania się do Sejmu? A dlaczego? Gdyż w polskich wyborach do Sejmu głosuje się nade wszystko na wizerunki medialne partii politycznych i ich liderów, a nie na osoby na listach. Wyborca bierze do ręki listę tej partii, do której przekonają go media głównie elektroniczne, a będące częścią systemu politycznego i omiata wzrokiem kilka pierwszych miejsc, czasem jeszcze ostatnie, a gdy nie rozpoznaje żadnego pozytywnie kojarzącego mu się nazwiska, stawia krzyżyk przy pierwszym miejscu na liście.

 

A co z zapisanym w Konstytucji biernym prawem wyborczym obywatela? Jak obywatel, który uważał się za kogoś lepszego i bardziej polskiego niż D. Tusk mógł dostać się do Sejmu i zostać premierem? Jak mógł on z niego skorzystać jako obywatel bez zgody tych, którzy ustalali listy partyjne? Ano nie mógł. W PRL-u też przysługiwało obywatelowi konstytucyjnie zapisane bierne prawo wyborcze. I mógł z niego skorzystać, gdy komitet wojewódzki partii komunistycznej wpisał go na jedyną słuszną listę Frontu Jedności Narodu. Kto więc tak naprawdę wybrał dwa razy Tuska na premiera? Otóż Donald Tusk został wybrany premierem dwa razy nie dlatego, że wybrali go wyborcy u których polskość jest słaba, tylko dlatego, że spośród mniejszości biorącej udział w głosowaniu jeszcze mniejsza mniejszość zagłosowała na miły wizerunek medialny Tuska i jego partii. A polskość nie ma tu żadnego znaczenia.

 

 

Kto jest suwerenem polskiego państwa?

 

W dalszych wywodach prof. Zybertowicz przedstawia dialektyczne frazesy o istnieniu Państwa bez narodu i Narodu bez państwa. Polskie państwo nie ma narodu, gdyż elity to państwo tworzące nie są kontrolowane przez naród, gdyż Polacy jako naród nie zdążyli się odrodzić. Ba, Polacy to naród z przetrąconym kręgosłupem, którego połowa odwróciła się od spraw publicznych i dlatego nie jest dla elit ani suwerenem, ani partnerem, z którym się trzeba liczyć.

 

Teza, iż Polacy są narodem z przetrąconym kręgosłupem, gdyż połowa z nich nie poszła z różnych zresztą powodów na fasadowe wybory do Sejmu, najdelikatniej mówiąc źle świadczy o kompetencjach naukowych autora. A już, iż z tego powodu nie jest suwerenem państwa, źle świadczy o logice wnioskowania. Zasada suwerenności narodu jest zgodnie z Konstytucją realizowana pośrednio poprzez wybór przedstawicieli parlamentarnych, a bezpośrednio poprzez referendum. To jaki Polacy mają wybór już sygnalizowałem wyżej. Realizacja zasady suwerenności w sposób bezpośredni też nie jest możliwa, gdyż to parlament decyduje ostatecznie o przeprowadzeniu referendum. Tak właśnie jak zdecydowały władze Sejmu kilka lat temu o referendum, m.in. w sprawie zmiany ordynacji wyborczej, niszcząc maszynowo milion podpisów obywateli pod wnioskiem referendalnym, zebranych przez partię D. Tuska. Zasada suwerenności narodu nie jest realizowana, gdyż ordynacja wyborcza do Sejmu i ordynacja referendalna to uniemożliwia.

 

Polskie społeczeństwo narodowe nie jest suwerenem polskiego państwa. Tym suwerenem jest postkomunistyczna oligarchia polityczno-finansowa wyłoniona przez komunistyczne służby specjalne, poprzez przechwycenie strumieni finansów publicznych, od afery FOZZ poczynając. A jej panowanie w postaci utrzymywania możliwości stałego wpływu na władzę ustawodawczą, wykonawczą, sądowniczą i medialną, ma celowo ukryty przed opinią publiczną charakter. Ta oligarchia ma bowiem formułę kosmicznej czarnej dziury, o której istnieniu świadczy tylko zachowanie otoczenia, od zachowań premiera i prezydenta poczynając. Jest faktycznym suwerenem państwa dzięki dwóm instrumentom panowania. Pierwszym jest agentura wpływu powstała z przekształcenia agentury policyjnej i wojskowej komunistycznego państwa. Ale ona może istnieć tylko dlatego, że ustrojowym instrumentem panowania postkomunistycznej oligarchii jest proporcjonalna ordynacja wyborcza do Sejmu. Przy panowaniu medialnym umożliwia ona stale samoreprodukcję elit politycznych wyrosłych z okresu Okrągłego Stołu. I pomijanie milczeniem ustrojowego gwaranta fasadowej demokracji i panowania postkomunizmu w postaci proporcjonalnej ordynacji wyborczej, to milczące legitymizowania politycznego status quo.

 

Ale poprzednie pytania i odpowiedzi są z poziomu dostrzegalnego potoczną wyobraźnią i opisywane potocznym językiem. Socjolog polityki zaś musi wiedzieć jako naukowiec, iż w systemach politycznych ogniskującą rolę odgrywają procedury i praktyki wyłaniania władzy ustawodawczej i wykonawczej oraz ich kontrola. A rdzeniem tych procedur i praktyk w systemach demokratycznych jest ordynacja wyborcza. Pomijanie w tego typu analizach tej kluczowej problematyki dla funkcjonowania systemu politycznego Polski, dyskwalifikuje naukowo całą analizę.

 

Tymczasem zdaniem prof. Andrzeja Zybertowicza w ostateczności wszystkiemu winien jest ów polski naród. Dlatego polski naród nie ma państwa. On bowiem nie rozumie mechanizmów władzy, a ostatecznie nie jest w stanie posługiwać się najważniejszą z politycznych organizacji – państwem. A ta sytuacja nie jest uświadamiana przez większość polskiego społeczeństwa jak konstatuje autor, gdyż Wielu Polaków nie chce przyjąć do wiadomości swej współodpowiedzialności za obecny stan kraju, za niesprawne państwo, za kiepską kondycję narodu. A dalej, Wielu Polaków nie wie, jakie warunki muszą być spełnione, by taka kontrolę dało się rzeczywiście sprawować.

 

Prof. Zybertowicz zaś wie. Chociaż wie, ale nie wie. Wyjście, twierdzi autor już momentami poetycko, jest dopiero aktywnie poszukiwane przez wiele środowisk, w wielu żywych ogniskach polskości. W przestrzeni komunikacyjnej tzw. drugiego obiegu. Po latach pracy naukowej nad systemem politycznym i społecznym III Rzeczypospolitej autor odsyła czytelników do poetyckiej wizji projektów konsolidującego się Archipelagu Polskości! Mój Boże!

 

 

Co z tymi naukami społecznymi?

 

Ten artykuł jest dlatego właśnie znakomitym dowodem na stan polskich nauk społecznych, iż pokazuje bezradność naukową wobec najważniejszych wyzwań polskiego państwa i narodu. A prof. A. Zybertowicz przynajmniej od takich wyzwań nie ucieka i je podnosi, w przeciwieństwie do większości socjologów polityki, o politologach już z litości nie wspominając. Gdzie jest więc pies pogrzebany?

 

Nie jestem socjologiem nauki i zawodowo się tym nie zajmowałem. Ale nie trzeba nim być, żeby zauważyć, iż zawodowe uprawianie nauk społecznych niesie szczególną trudność, nieznaną w innych naukach. Otóż większość kluczowych i najbardziej ogólnych jej ustaleń dotyka, zahacza, a nawet uderza w interesy, aspiracje i ambicje przeróżnych grup, środowisk czy społeczności. Dlatego instytucjonalnie i politycznie są to nauki pod szczególnym nadzorem wszelkich grup panujących i rządzących. Indywidualnie zaś zawodowe uprawianie nauk społecznych wymaga pilnowania samotnej drogi i twardego kierowania się wyłącznie własnymi ustaleniami. To dlatego najwybitniejszy polski socjolog okresu powojennego Stanisław Ossowski uznał, iż podstawowym obowiązkiem naukowca jest brak lojalności w myśleniu. Jakakolwiek bowiem lojalność w myśleniu wobec otaczającej różnorodności grup, środowisk i społeczności, a ściślej ich interesów, aspiracji i ambicji, niszczy uprawianie zawodowe nauki z wszystkimi tego skutkami. I indywidualnie, choć i środowiskowo, tu jest pies pogrzebany.

 

W artykule dla "Nowego Kuriera" z 22 lipca 2010 roku Odpowiedzialność za stan polskiego państwa, analizującym odpowiedzialność instytucjonalną za katastrofę smoleńską, udzieliłem następującej odpowiedzi na tytułowy problem – Kto jest więc odpowiedzialny za aktualny stan polskiego państwa? Moim zdaniem wszyscy ci, którzy od lat utrudniają postawienie problemu zmiany ordynacji wyborczej, jako podstawowego warunku budowy państwa nowej generacji. Moralnie odpowiedzialne są za to przede wszystkim polskie nauki politologii, socjologii polityki i prawa konstytucyjnego, a więc głównie samodzielni pracownicy nauki z tych dziedzin. W ich ramach zadań zawodowych leży bowiem stała analiza stanu polskiej państwowości oraz ich przyczyn. A nic takiego poza co najwyżej banałami i frazesami nie znajdziemy w podręcznikach i periodykach naukowych. I nadal to podtrzymuję.

 

 

Dąbrowa Górnicza, 9 lutego 2012

 

*Tekst dla: "Nowy Kurier. Polish – Canadian Independent Courier"


Mariusz
2012-02-24 00:17

I pomyśleć, że profesor Zybertowicz szedł swego czasu w Marszu JOW, a równo 10 lat temu opublikował tekst pod tytułem:

"Czy jednomandatowe okręgi wyborcze mogą przezwyciężyć
fasadowy charakter polskiej demokracji?"

w którym w podsumowaniu napisał m.innnymi:

"Ufundowana na gruncie obecnej ordynacji wyborczej fasada zabawy w demokrację służy ciemności i prywacie; JOW mogą przyczynić jasności. Fasada skrywa to, co mętne, nieuczciwe; JOW może wymusić światło, dając szanse na poprawne interpretowanie informacji produkowanych przez aktorów polityki, produkowanych nie tylko podczas kampanii wyborczych."

Jerzy
2012-02-24 06:37

Jak się wydaje, prof. Zybertowicz, przeszedł ewolucję typową dla ludzi wiążących się z leninowską partią polityczną, w której prawem jest to, co stanowi Wódz. Z niejasnych powodów Wódz partii, której obecnie służy swoją fachowością prof. Zybertowicz jest zdecydowanym wrogiem propozycji wprowadzenia JOW w wyborach do Sejmu. Takie stanowisko zmusza ludzi związanych z tą partią do odrzucenia tej propozycji, albo przynajmniej milczenia na ten temat. Nie słyszałem, żeby prof. Z wypowiadał się publicznie przeciwko propozycji JOW do Sejmu. Mówiąc i pisząc o "elitach", o wyborach parlamentarnych, po prostu omija tę sprawę szerokim łukiem. To jest, naturalnie, sprawa przykra dla takiego znakomitego eksperta i naukowca, ale w życiu politycznym bez ofiar nie da się żyć.

Nota bene, w wydanym zbiorze Biuletynów Informacyjnych, który każdemu polecam, jest szereg zdjęć i tekstów prof. Andrzeja Zybertowicza z okresu, gdy był aktywnym uczestnikiem naszego Ruchu.